sobota, 7 marca 2015

Ten wpis nie jest sponsorowany. I nie zawiera, wbrew pozorom, lokowania produktu.

Średnio raz w roku coś wygrywam. Przychodzi taki dzień, kiedy myślę "a, już dawno nic nie wygrałam", biorę udział w konkursie i... wygrywam. Niestety nie 500 tysięcy. Książkę, kosmetyk, Merola na weekend, dvd - generalnie pierdoły, które trochę cukrują moje ego. W czwartek usiadłam przy komputerze i hurtem wzięłam udział w 4 konkursach, żeby zamknąć gębę karmie. "Przyda się jakiś mały prezent na Dzień Kobiet" - pomyślałam i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udałam się po dziecko do przedszkola.
Dziś zadzwonił o świcie (pojęcie względne, kiedy zasypia się po 4, bo kaszel nęka oskrzela) Pan Radio:
- Dzień dobry, Liliano, Radio Popularne i Lubiane z Krakowa, czy pamiętasz, co napisałaś w konkursie?
Z grubsza pamiętałam. Elokwentnie odpowiedziałam na kilka pytań, zabawiając słuchaczy głosem Ewy Szykulskiej i wygrałam kosmetyki, dla siebie i przyjaciółki (Kara!!!). Proste. Piszesz-odbierasz telefon-odpowiadasz-wygrywasz. Żeby w życiu też tak było...
Chwila triumfu wymaga gratulacji i wielkiej fety, toteż pochwaliłam się dziecku:
- Józef! Józef! Mama wygrała kosmetyki w radiu! Dla siebie i Kary!
- Jakie? - zapytał Człowiek Interesu.
- No ten... Ejwonu... - odpowiedziałam zawstydzona.
- A już myślałem, że Wiszi. Ja to bym wolał Wiszi.
Idę szukać konkursu spełniającego ambicje dziecka. Chociaż zdaje się, że limit szczęścia na ten rok wyczerpan.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz