środa, 30 grudnia 2015

Pejzaż horyzontalny.

Poranki to zło. Należymy do grupy zdeklarowanych Nocnych Marków. Mamy swoje logo (nazwisko), zawołanie ("Jeszcze pięć minut...") i zwyczaje (pośpiech, matczyne połajanki "włóż w końcu te skarpetki!", marudzenie i makijaż robiony w aucie). Do założenia stowarzyszenia brakuje nam trzynastu osób, zatem chwilowo nasze działania mają charakter nieformalny.

O ile ja nie jestem szczególnie fundamentalna, Józef reprezentuje opcję skrajną. Zasypiać mógłby dopiero o 23, wstawać najchętniej o 8.30 (kiedy w przedszkolu w najlepsze poczynają śniadać, złośliwcy), natomiast popołudniowa drzemka śmierdzi mu zdechłym psem. Zwyczaj odpoczywania za dnia zarzucił Syn, mając dwa lata i od tego czasu niezłomnie trwa w swoim postanowieniu, walcząc również z instytucją leżakowania w przedszkolu. Gdy inne dzieci śpią, on czyta, gada z paniami, ogląda bajki, wygłupia się z Martynką, a to wszystko, w ramach kompromisu, w pozycji horyzontalnej.

Z okazji okresu między świętami a Nowym Rokiem w przedszkolu nastał czas wyjątkowy - dzieci mało (wszyscy rodzice wzięli gremialnie urlop czy co?), pań mało, no i leżakowania nie ma. Na Józku zrobiło to kolosalne wrażenie, więc kilka razy dziennie wykrzykuje:

- Mamo/babciu/dziadku, a wiesz, że dzisiaj nie było LEŻAKÓW?!? Poważnie!

Dziś rano jednak refleksja została rozszerzona o płaszczyznę filozoficzną:
- Wiesz co, mamo... Ale jak tych leżaków nie ma, to ja nie mogę nie wstawać i trochę mi smutno.

Oto smak zakazanego owocu, Synu. Wyśmienity, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz