niedziela, 29 maja 2016

Niedziela.

Zdarza nam się wyjść do ludzi (mam nadzieję, że i na ludzi kiedyś się uda). Są obawy, ale podejmujemy ryzyko spotkania z Homo sapiens, rozmów, radości, obecności. Zawsze przecież możemy po angielsku wrócić do domu na kolejny odcinek "Rancza". W bezpieczną strefę kapci.
Ten weekend był dla nas wyjątkowy. Po pierwsze dlatego że Józef był na koncercie Lao Che, który to zespół kocha nad życie. Zachwycony obserwował scenę, na której rządził Spięty z gitarą (- Mamo! Mamo! Widziałaś, jaką on ma gitarę?!? Zielono-białą! Jak Głażej!). Co więcej w napięciu czekał do końca koncertu (a skończył się po 21.30) na ukochany utwór "Bóg zapłać", który niestety nie pojawił się na setliście. Ale byli "Chłopacy". Uf. Po koncercie dziecko uroczyście przyrzekło, że powie Spiętemu, że nie należy mówić "daj mi!", a już zwłaszcza do Boga. Wystarczy powiedzieć "proszę". Stanęło na tym, że napiszemy maila. Oczywiście dopiero, gdy udało mi się odwieść syna od przedzierania się przez tłum na scenę. Dotarłszy do auta, zmuszona byłam włączyć ukochaną piosenkę z jutjuba. Rzygam płytą "Gospel".
Dziś natomiast byliśmy gośćmi znajomej z chóru, która sprosiła całe nasze niewielkie, czterogłosowe grono z przyległościami. Józef był moją - całkiem zgrabną, trochę głośną, ale uroczą (jak zwykle) osobą towarzysząco-degustująco-skaczącą. Mr Wszędziemniepełno był zachwycony trampoliną, ciastem i gospodarzami. Nie omieszkał teatralnym szeptem zapytać:
- Mamo, a pani Marzena, to ta młoda pani z cienkim głosem? - każda kobieta koło czterdziestki byłaby zachwycona takim komplemetem.
Jedzenie również sprowokowało pojawienie się barwnych metafor:
- Mamo, ten ser smakuje jak kibelek u mnie w przedszkolu. - powiedział zachwycony Józef, zjadając kawał sera camembert do ostatniego okruszka.
Towarzystwo, w jakim młodzieniec został usadzony, wzbudziło natomiast wątpliwości:
- Mamo, a obok mnie siedział... Probąszcz? - zapytał teo-entomolog Józef, wywołując moje najszczersze rozbawienie.
Zachwyt wywołał także fakt, że Józef miał okazję poznać... Józefa. Dwunastoletniego. Grającego na klarnecie. (- Wow! Mamo! Ale super!)
Ale najważniejsza i tak jest miłość. A tę wyznał Józef czternastoletniej córce gospodarzy, Hiacyncie -pięknej blondynce o czarującym uśmiechu, którą po męsku ujął za rękę i nie puszczał do chwili, kiedy trzeba było wychodzić. Raz po raz tylko wzdychał:
- Zakochałem się. W Hiacyncie.
Nie wiem, czy to uczucie przetrwa. W kąpieli pytał, jak ma na imię jego ukochana.
Ale decyzja została powzięta. Do szkoły muzycznej chce iść na klarnet. Tak jak Józef. I na gitarę basową. Jak Głażej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz