środa, 30 grudnia 2015

Pejzaż horyzontalny.

Poranki to zło. Należymy do grupy zdeklarowanych Nocnych Marków. Mamy swoje logo (nazwisko), zawołanie ("Jeszcze pięć minut...") i zwyczaje (pośpiech, matczyne połajanki "włóż w końcu te skarpetki!", marudzenie i makijaż robiony w aucie). Do założenia stowarzyszenia brakuje nam trzynastu osób, zatem chwilowo nasze działania mają charakter nieformalny.

O ile ja nie jestem szczególnie fundamentalna, Józef reprezentuje opcję skrajną. Zasypiać mógłby dopiero o 23, wstawać najchętniej o 8.30 (kiedy w przedszkolu w najlepsze poczynają śniadać, złośliwcy), natomiast popołudniowa drzemka śmierdzi mu zdechłym psem. Zwyczaj odpoczywania za dnia zarzucił Syn, mając dwa lata i od tego czasu niezłomnie trwa w swoim postanowieniu, walcząc również z instytucją leżakowania w przedszkolu. Gdy inne dzieci śpią, on czyta, gada z paniami, ogląda bajki, wygłupia się z Martynką, a to wszystko, w ramach kompromisu, w pozycji horyzontalnej.

Z okazji okresu między świętami a Nowym Rokiem w przedszkolu nastał czas wyjątkowy - dzieci mało (wszyscy rodzice wzięli gremialnie urlop czy co?), pań mało, no i leżakowania nie ma. Na Józku zrobiło to kolosalne wrażenie, więc kilka razy dziennie wykrzykuje:

- Mamo/babciu/dziadku, a wiesz, że dzisiaj nie było LEŻAKÓW?!? Poważnie!

Dziś rano jednak refleksja została rozszerzona o płaszczyznę filozoficzną:
- Wiesz co, mamo... Ale jak tych leżaków nie ma, to ja nie mogę nie wstawać i trochę mi smutno.

Oto smak zakazanego owocu, Synu. Wyśmienity, prawda?

sobota, 26 grudnia 2015

Autorefleksja.

Józef uwielbia pomagać w kuchni. Podawać, przyprawiać (uzyskał już poziom "master" w dorzucaniu ziela angielskiego i liści laurowych do zupy), "blenderować" (do obsługi urządzenia został dopuszczony dopiero po szkoleniu z zakresu bhp), mieszać i podjadać (poziom "pro" właściwie z biegu). Naturalną koleją rzeczy jest więc pomoc w pichceniu świątecznych ciast.

Warzymy pyszny miodownik z mnóstwem orzechów zatopionych w maśle i miodzie. Jeszcze tylko krem z kaszy manny.

- Mamo! Mamo! Ja będę mieszał!
- Dobrze, Józinku. Teraz trzeba poczekać aż masło rozpuści się w mleku. Wtedy dodamy kaszę.
- Rozpuści? To jak dziadek mnie!

sobota, 19 grudnia 2015

Pierniczenie.

Robimy pierniczki - lukrujemy, podjadamy, brudzimy i słuchamy kultowej, świątecznej Arki Noego (niektórzy nawet śpiewają).

- Mamo, a kto śpiewa tą świąteczną piosenkę o gwiazdeczce? Czyja to piosenka? Mamo?
- To Arka Noego.
- Mamo, a ten Arek Neogo jest jeszcze dzieckiem?

Śmiechem żartem, ale zdaje się, że Arek ma już zarost.

sobota, 5 grudnia 2015

Nie da się ukryć.

- Mamo, jesteś taka sama jak klamka w renault twingo.
- Yyy... To znaczy jaka?!?
- Dziwna.

Cholera, zauważył.

sobota, 28 listopada 2015

Stan inwetarza.

Romantyczny obiad we dwoje. Józef dysponuje:

- Mamo, bawimy się, że jesteśmy w restauracji. Ty jesteś panią z restauracji, a ja przyjechałem na obiad moją folkswą*. - role obsadzone, nie ma na co czekać - Proszę pani z restauracji, a ja tu przyjechałem moją folkswą.
- O, to fantastycznie. Z żoną? - ciężar rozmowy przenoszę na kwestie rodzinne.
- Nie. Nie mam żony. - ucina młody kawaler.
- A chciałby pan mieć? - nie daję za wygraną, bo serdecznie dość mam rozmów o autach.
- Nie. Bo mam pojedyncze łóżko.

Bo trzeba mierzyć siły na zamiary.

* onomastyczna inwencja własna.

piątek, 27 listopada 2015

Wymyślony przyjaciel.

Od jakichś dwóch lat Józefowi towarzyszą wymyśleni przyjaciele. Na początku był Tabaluga - bajkowy smok, którego niewidzialną postać zmuszona byłam całować na dobranoc, uważać, żeby nie usiąść na nim, kiedy wspólnie z Józefem wypoczywał na kanapie, przygotowywać smocze posiłki. W razie czego Józef przypominał:
- Mamo, uważaj na tego... żółto-zielonego. - godne miał życie, choć krótkie.

Od pewnego czasu jest z nami Błażej. Postać kultowa o precyzyjnie nakreślonym życiorysie - 41 lat, żona Liliana (sic!), syn Natan. Samochód zmienia często. Pracuje ciężko. Uczciwy. Rodzinny. Długie włosy. Blondyn. Uczy się norweskiego. Jest też bohaterem - czy to uprzejmej rozmowy z sąsiadką ("A wie pani, jakie Błażej ma auto?"), czy też nowego gatunku, który pojawił się w dziecięcym repertuarze - przypowieści.

Sytuacja miała miejsce na parkingu - zwiedzamy auto kumpla, bezpiecznie od strony chodnika. Ja stoję, Józef podniecony ogląda, dotyka, przyciska. Lata jak z piórkiem. W końcu, wbrew mojemu zakazowi, obiega auto, żeby zobaczyć światła awaryjne.
- Józef, stop. Nie wolno wybiegać ci samemu na parking! Rozumiem, że chciałeś zobaczyć światła, ale powinieneś poczekać na mnie. - tak, tak. Matka-helikopter.
- Mamo, ale Błażej też kiedyś miał taką sytuację. Wybiegł na ulicę, chociaż tato mu zabraniał i jechał samochód. I wiesz co? - tłumaczy pogodnie, patrząc mi w oczy. - Przeżył. Nic mu się nie stało.

Kto sieje wiatr, zbiera burzę.

środa, 25 listopada 2015

Chochlik.

Na zajęciach z angielskiego działa system nagradzania za pozytywną aktywność naklejkami. Dziś nastała wielka rozpacz - Józef nie dostał kolejnego znaczka do swojego dziennika, bo był niegrzeczny. Łzy, smarki - 110 cm cierpienia w korytarzu wypełnionym po brzegi uczniami i rodzicami. Łagodzę, tłumaczę po raz kolejny zasady świątyni mądrości. Udaje się nam w końcu ubrać i wydostać na dwór. Przechadzamy się spacerowo i gadamy. Tym razem na zimno.

- Józef, smutny byłeś, że nie dostałeś tej naklejki?
- Co ty, wściekłem się.
- ... A co właściwie zrobiłeś? Byłeś niegrzeczny? Biegałeś po klasie?
- Mówiłem specjalnie "one carrots".

Sabotażysta.

sobota, 21 listopada 2015

List do M.

Zbliża się grudzień. Czas pierników, sprzątania, kolęd, zakupów w Biedrze, no i przybycia Mikołaja (św.), do którego Józef własnoręcznie wystosował już list o treści:
"Drogi Mikołaju proszę szczoetczke elektryczną nie chce ruzgi obeicuję być grzeczny twój Józef" (plus, dla pewności, rysunek naszego bloku podobnego do miliona bloków, ze wskazaniem naszego komina).
Czekamy teraz na pozytywne rozpatrzenie wniosku. Jedni bardziej, drudzy mniej niecierpliwie. Liczymy też, że rysunek pomoże Mikołajowi w identyfikacji miejsca zamieszkania młodocianego amatora higieny jamy ustnej.

Z okazji soboty Józef dostał do zjedzenia wyżebranego wczoraj na zakupach czekoladowego Mikołaja. Je, uśmiecha się, błysk w oku:

- Czary-mary. Mikołaj z czekolady zmienia się w prawdziwego... - niestety zaklęcie nie działa. - O nie. Chyba nie umiem czarować...

No nic. Czyli czekamy jeszcze 15 dni.

środa, 18 listopada 2015

O potencjale.

- Mamo, a jak już będziesz stara i gruba, taka okropnie, to umrzesz prawda? - tu w oczach Józka pojawiła się łzawa mgiełka, ale zwalczył ją szerokim uśmiechem. - I będę mówił znajomym, że moja mama umarła. A jak mój tato umrze, to też będę o tym opowiadał.

No. Cieszę się, że przysparzam Józiowi tyle radości. Niezmiennie jednak martwi mnie, że według dziecka mego istnieje korelacja pomiędzy wiekiem a wagą. Muszę zdwoić wysiłki (lub częstotliwość) na zajęciach o melodyjnej nazwie "sexy pupa". Niedoczekanie, żebym dochrapała się osobliwych wdzięków Balroga.

czwartek, 12 listopada 2015

Krynica.

Czytaliście kiedyś Jeżycjadę? Bo ja tak. Chętnie i regularnie. I zawsze pałałam szczerą niechęcią do genialnego Ignacego Grzegorza, który w wieku lat czterech samodzielnie czytywał na dobranoc Plutarcha lub Leśmiana (albo coś równie ambitnego). Abstrahuję od tego, że niezmiennie miałam wrażenie, że postać tego młodocianego geniusza jest wyssana z palca. Do czasu, gdy Józef całym swym jestestwem ze mnie zadrwił.

Czytam mu na dobranoc bajki, a gdy znikam za progiem, sam sięga po literaturę z serii "a dlaczego?" - fizyka, chemia, biologia dla dzieci. Alternatywę stanowią wiersze (zwłaszcza Jachowicza) lub Harry Potter. Z potrzeby serca. Bez przymusu. Zaczęło się od przeglądania obrazków, teraz ma charakter wieczornej lektury relaksacyjnej, zaspokajającej głód wiedzy.

Mamy już przesłodkie efekty:

- Mamo... Wolę, kiedy cząsteczki zupy są leniwe. Poczekam aż przestaną pędzić. A ty wolisz, jak są żwawe? - w ten iście ekspercki sposób syn zapytał, czy lubię, kiedy zupa jest gorąca. Bo on woli chłodną.

- Ojej. Przepraszam za beknięcie. To bąbelek powietrza z żołądka unosi się do góry. A jak się puszcza bąka, to bąbelek powietrza z jelit wychodzi dołem. Wiesz? - i uśmiecha się serdecznie.

Wiem, trzpiocie mądraliński.

piątek, 23 października 2015

Armatę do zabicia wróbla?

- Wiesz, Agata, a ja się wczoraj przejęzyczyłem. - zabawia rozmową Syn.
- Aha, a co powiedziałeś?
- Zamiast powiedzieć "sedan", powiedziałem "sean".
- A czemu?
- Wiesz, bo zaplątały mi się... - rysuje w powietrzu zawijasy skomplikowane jak węzeł gordyjski kabla od słuchawek. - ...struny głosowe.

Freud, ty idioto. Jaka znowu podświadomość?

niedziela, 18 października 2015

Podryw.

Poranek w zaprzyjaźnionej wrocławskiej kawiarnia "Borówka". Za barem śliczna pani z burzą włosów w smerfnym odcieniu.

- Dzień dobry. O, masz niebieskie włosy... A mój dziadek ma niebieskiego passata. Poproszę sok pomarańczowy.

Ja bym dała rabat.

piątek, 9 października 2015

Zagadka.

Dlaczego Józef z zapartym tchem ogląda transmisje eliminacji do Konkursu Chopinowskiego?

Bo Chopin pisał polonezy.

Fortuno, Tyś podstępnym geniuszem obdarzona.

poniedziałek, 5 października 2015

Muzycznie.

Jesień zaczyna się nie tylko mimozami - w naszym domu objawia się również katarem do pasa, temperaturą ciała odzwierciedlającą egipską średnią w lipcu oraz kaszlem imitującym dźwięki trabanta. Chorować zawsze zaczyna młody Werter, ja solidarnie dołączam po kilku dniach. Prawdopodobnie jego kwieciste tyrady obniżają moją odporność. Taka tradycja. Taki lajf.

Biedny chorak leży trawiony gorączką. Staram się mu dogadzać, chuchać i dmuchać, więc podaję mu śniadanie wedle życzenia - jajka na twardo, surową marchewkę pokrojoną w ćwierci i herbatę z miodem. Ledwo nadgryza jajko, spływa na niego radosne oświecenie.

- Mamo! Zachowałem się jak Coco Jambo!

<3

sobota, 26 września 2015

Gender studies.

Zakupy terapeutyczne. Łażę jak widziadło między półkami, ciągnąc nogę za nogą. Bezmyślnie oglądam to i tamto. Maseczka przeciwzmarszczkowa? Może być. Musi, cholera.
Józef żwawo przemierza kolejne kilometry, chowa się między wieszakami, żebrze o żelki. Nagle przybiega, patrzy mi w oczy i pyta:

- Mamo, a właściwie dlaczego, jak się jest z kobietą na zakupach, to trzeba być długo?

Bo tak!

czwartek, 17 września 2015

Agnieszka.

Pisałam już o Agnieszce, mojej młodszej, ślicznej i mądrej siostrze. Niezmiennie jest obiektem podziwu. Mojego, bo nie wiem, jak można studiować mechanikę i budowę maszyn, będąc przy okazji kwintesencją (nieco autorytarnej) kobiecości. Oraz Józefa, bo wszystko.

Pani Polibuda cierpliwie ogląda z dzieckiem filmy dokumentalne o frezowaniu kół zębatych, produkcji chłodnic czy działaniu sprzęgieł. I wcale nie szuka poklasku.
Z właściwą sobie precyzją przekazuje informacje, dotyczące budowy samolotu. I nie, nie unosi się gniewem, gdy Józef zadaje setny raz to samo pytanie.
Dzwoni z prośbą, bym przekazała Józefowi wiadomość, że "zje wszystkie ciastka", nie unosząc się ani na moment pychą. Tak tylko się droczy.
I pozwala pomagać w zmianie koła od roweru. Łaskawa jest, Zouza.
Wszystko znosi.
Taka jest ta nasza Aga Kochana.

Dlatego wcale się nie dziwię, kiedy rano Józef przestawia mi zegarek na 12.00 i mówi, że skoro już zaspaliśmy do przedszkola, to chętnie wybierze się do Agi.

Z jakiegoś powodu jednak Józef postanowił zabawić się Agą, która odbierała go wczoraj z przedszkola. Na jej widok stwierdził, że nie zna tej pani, nie wie, kim ona jest, a w ogóle to mówi do niej "proszę panią" (tak, popracujemy nad odmianą). Kiedy Agnieszka i pani Gosia zdążyły się już spocić udziałem w tej spontanicznej sztuce teatralnej, Józef chwycił za rękę swoją idolkę i gładko wyszedł z roli:

- Chodź, Aga. Idziemy do domu.

Urodzony aktor. Po tacie?




środa, 16 września 2015

Powiedzenia i przysłowia za 10 punktów.

Wrocław. Jedziemy tramwajem. Na każdym przystanku Józef triumfalnie wykrzykuje:
- O! Jesteśmy na "ej"!
Tramwaj ospale rusza, by dziecko straciło zapał i głosem melancholijnym skonstatowało:
- Już nie jesteśmy na "ej".

Efektem moich intensywnych procesów myślowych jest wspomnienie porzekadła: "Na ej to tramwaj staje".

środa, 9 września 2015

Truizmy, głupcze!

Wieczorne, matczyno-synowskie trwają pieszczoty. W świetle gwiazd (z nocnej lampki, rzecz jasna) buziakom i tuleniu nie ma końca.

- Kocham cię bardzo, synu. I cieszę się, że ze mną jesteś.
- No wiesz, mamo... - wzrusza ramionami. - Dzieci takie właśnie są.
Uśmiecham się szeroko na takie dictum:
- Czyli jakie? Kochane?
- Nie, no wiesz... - odpowiada tonem Vito Corleone. - Naturalne i szczere.

Zupełnie jak moje nieujarzmione rżenie.

piątek, 4 września 2015

Iluzja.

- Ej, Aga. A jak przyszedłem tu z nissanem to pomyślałaś, że jestem ludzikiem lego?

No. Prawie wrzuciła go do pudełka z klockami.

Życzenie.

Wieczór. Leżymy razem w łóżku. Ja zasypiam, pogrążona w przedsennych marzeniach, dziecko wręcz przeciwnie. Dziecko chce się bawić.

- Mamo, chcę się bawić. Ja będę jechał samochodem fiatem pieńcetem, a ty będziesz kotem. Takim biednym kotem na dworze. I będzie padał deszcz, a ty zmokniesz i ja się zatrzymam, i zabiorę cię do auta. I pojedziemy do domu. I wysuszę cię suszarką. I położę cię na kocyku , a później zrobię ci taki specjalny prysznic ze śliny kota. I dam ci mokre jedzenie. I przykryję cię kocykiem, wiesz? No? To co? Bawimy się?

Nie odpowiedziałam. Oszołomiona otarłam tylko łzę wzruszenia.

Nie zgub tego, Synu. Nigdy.

środa, 2 września 2015

Legenda o McDonaldzie.

- Józek, powiedz, co babcia czytała ci wczoraj na dobranoc.
- Aaa, o smoku mi czytała. - niechętnie odpowiada Józef. Przecież od zadawania pytań jest on.

 Dwieście pytań i tyleż zdawkowych odpowiedzi później.

- No dobra, a jak Szewczyk Dratewka pozbył się smoka? Co dał mu do jedzenia?
- No ten, krowę.
- Naprawdę? A z czym była ta krowa?
- No... Z keczupem.

Może frytki do tego?

czwartek, 27 sierpnia 2015

SIO!

Z naszej szafy wyszedł potwór. Nazywa się "Mamo-nie-zostawiaj-mnie-samego-nawet-na-sekundę". Pojawił się nagle, ale widać, że rozgościł się już w naszym życiu na dobre.

Dziś po powrocie do domu dziarsko organizowałam wieczorne życie, kiedy władowało mi się na kolana wystraszone, totalnie zgaszone dziecko z buzią w podkówkę i płaczliwym tonem poprosiło: - Mamo, śpij ze mną. Musisz ze mną spać, ale miej otwarte oczy cały czas, żeby nikt mnie tobie nie zabrał. Bądź ze mną zawsze. Przez cały czas.

Jestem blisko-blisko. Kocham i czuwam.

czwartek, 20 sierpnia 2015

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Pamiątka z wakacji.

- Józef, jaką chciałbyś dostać pamiątkę z wakacji? - zapytałam z zainteresowaniem, konsumując obiad.
Józef, wiedziony doświadczeniem z ostatniej wizyty w Karpaczu, kiedy to starałam mu się wyjaśnić, że "pamiątka" powinna przypominać o specyfice miejsca i oddawać lokalny klimat, dodał dwa do dwóch i odrzekł:

- Chciałbym auto z napisem Ustka.

Czyli z rejestracją GSL.

Epilog: ostatecznie stanęło na magnesie na lodówkę, przedstawiającym fokę szarą wraz z potomkiem (żałuję, Drogie Fokarium w Helu, że nie od Was). Gustowny. Do tego (gratis) otrzymał "muszlę na szczęście". I rzeczywiście. Nie posiadał się ze szczęścia, wykrzykując:

- Zupełnie jak znaczek Shell! Będę mógł zbudować stację benzynową!

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Podróże małe i duże.

Jedziemy autem dziadka. Nagle Józef, patrząc intensywnie w punkt przed sobą, oświadcza:
- Mamo, jest mi za ciemno.

Tu należy dodać, że podróż odbywa się w godzinach porannych - 9.00, czas środkowoeuropejski. Okolice Bolkowa. Na dworze jadowite słońce, tradycyjnie wędrujące w stronę zenitu.

Moja bujna wyobraźnia podpowiada mi najgorsze scenariusze, dlatego zaczynam panikować:
- Jak to?!? Józef, co się dzieje?!? Nic nie widzisz?!? - macham ręką przed oczami ociemniałego syna (Toczeń?! Sarkoidoza?!?).
Wtem Józef odwraca się do mnie powoli, patrzy w oczy i mówi:
- Mamo, bo ja MUSZĘ włączyć to światełko na górze.

Kurtyna (opadająca powoli i depresyjnie, trochę zawstydzona).

niedziela, 2 sierpnia 2015

Student.

Znacie to powiedzenie? "Jeśli mężczyzna mówi, że coś zrobi, to to zrobi. Nie trzeba mu o tym przypominać co pół roku." No i się doczekałam - po trzech latach. W domu remont, kurz, brak kuchni - po prostu syf. Siłą rzeczy chodzę poirytowana tym związaniem rąk, dlatego dla własnego spokoju wyekspediowałam Józefa na noc do dziadków - żeby normalnie zjadł kolację i wyspał się w warunkach bezpyłowych. Wystarczą mi koty pokryte warstwą tynku, z lubością zostawiające wszędzie pieczątki w kształcie maleńkich (w porównaniu z tygrysem) łap.

O poranku babcia i Kara budzą Józefa do przedszkola.
- Józiiinku, wstaaawaj. - melodyjnym tonem wróżki budzi babcia. Zupełnie tak jak mnie lata temu, kiedy trzeba było wstać do szkoły.
Józef wychyla nos spod kołdry i konstatuje:
- Ojej, zaspałem. - mina wskazuje na to, że jest niezwykle tym faktem zatroskany, dlatego otula się szczelnie kołdrą i wraca w bezpieczne objęcia Morfeusza.

Pewnie o 8.30 miał wykład z historii literatury staropolskiej z prof. Sokolskim.

niedziela, 19 lipca 2015

Alchemia.

Pogoda jest duszna i lepka. Każdy krok stanowi koszmarny wysiłek, dlatego staramy się sprawnie pokonywać odległości (przynajmniej niektórzy...). Zwłaszcza jeśli punktem docelowym jest basen. Idziemy dziarsko. Nagle Józef zatrzymuje się, kontempluje, podnosi kamień. Właściwie kawałek żużlu.
- Józef, chodź szybko! - niecierpliwię się.
- Mamo, ale ja musze wziąć kamień!
- Po co ci to?
- Mamo! Ale to jest kamień filozoficzny!

Ale nie, że taki zwykły. Ten zamienia wszystko w samochody.

Pierwsza lekcja demokracji.

- Mamo, bo ja się dzisiaj bawiłem z Olą i robiliśmy lody. I wtedy krzyczeliśmy "Lody na oko! Lody na oko!", a Emilka powiedziała, że tak się nie mówi, tylko mówi się "Lody dla ochłody!".
- No i na czym stanęło?
- Że mieliśmy kompromis. Każdy krzyczał to, co chciał.

Kandydat na prezydenta w 2050 roku. Na bank.

piątek, 17 lipca 2015

Kinoman.

- Mamo, a czy "Harry Potter" to długi film?
- Bardzo długi. Dłuższy niż "Alvin i wiewiórki".
- I "Minionki"? I "Ukraina lodu" też?

Ekhm. To chyba jakaś Kijowa bajka.

piątek, 10 lipca 2015

Eureka!

Bywam bestią. A Józef bywa gadem - działa na opak, słucha wybiórczo, kłamie, pokazuje, nie tylko metaforycznie, język. Wkurzyłam się na niego ostatnio, dlatego do głowy wpadł mi pomysł okrutny, a inspirowany inkwizycyjnymi metodami stosowanymi przez mojego ojca:

- Jak będziesz kłamał, to będziesz mył język mydłem. - przecież napisałam, że bywam bestią. Józefowi zrzedła mina.
- Przecież to może być trujące... - odszedł, usiadł, zastanowił się i wrócił uśmiechnięty. - Mamo, wpadłem na świetny pomysł! Jak będę kłamał, to będę mył RĘCE mydłem.

Czyli za jednym zamachem rozwiążemy kwestię higieniczną. 

sobota, 27 czerwca 2015

Brazylijski serial

Józef boleśnie doświadczył ostatnio prawdy jak świat starej -  kobieta zmienną jest. Nawet ta czteroletnia. Martynka ostatecznie wybrała Karola, porzucając bezpowrotnie Józefa. Zrezygnowała z czarującego, bystrego, przystojnego i obdarzonego niezwykłą pogodą ducha chłopca na rzecz jego przyjaciela. Typowe.

- Wiesz, mamo, a Martynka już nie jest moją dziewczyną tylko Karola. Bo ona go woli. - zrobił smutną minę obliczoną na ułamek sekundy i dał się ponieść pierwiastkowi refleksyjnemu. - Szkoda, bo już nie będzie do mnie mówiła "zrobiłam kupę na dywan", ani "idź sobie z górki". (...nieodżałowana strata, czyż nie?)
Dzięki swojemu wrodzonemu pozytywnemu usposobieniu, Józef nie trwał w stuporze długo. Zaledwie wspomniał o tym przykrym incydencie damsko-męskim, by natychmiast ujrzeć płomyk nadziei: - Ale teraz mam nową dziewczynę, Emilkę. I ona dała mi obrzydliwego buziaka. 

Zdaje się, że mój syn ma bogatsze życie uczuciowe niż niejeden dorosły.

Aaa. Inżynier potrzebny od zaraz.

Józef należy do grupy dzieci, która w przekonaniu wielu osób jest poszkodowana. Ma dwa nazwiska, długie włosy i Józef na imię. Masakra, nie? Ale najgorsze jest to, że nie wolno mu grać na kompie/tablecie/telefonie w nic. NIC. Wolno mu grać analogowo. Z ludźmi. Na lajfie. Wolno mu układać puzzle. Kolorować i rysować na tablecie. Uczyć się języków, układając obrazki. Śpiewać piosenki. Ale engryberdsami postrzelać nie może. Ma jeszcze czas na naukę, jak nie spędzać czasu z ludźmi i zapominać o świecie. 
Nie znaczy to jednak, że technologie XXI wieku są mu obce. Z chęcią uczy się pisania na kompie. Ostatnio weszłam do pokoju, gdzie Józef ostro tworzył. Moim oczom ukazał się napis: E+E=TYSIONC. 

Nie wiem. Może to jakieś rozwinięcie dotychczasowych teorii?

wtorek, 16 czerwca 2015

Geografia.

Kiedy byłam mała, nigdy się nie nudziłam. Miałam (i mam) szczęście mieć rodzeństwo - takie ustrojstwo do zabawy, bicia i ćwiczenia (najwyraźniej bezskutecznego) stosunków społecznych. Miałam (i mam) też książki. Prawdopodobnie najważniejszą z nich był wielki atlas, który sponsorował nasze (moje i Kary) wielogodzinne zabawy w stolice i flagi. Dzięki temu licealne kartkówki z gegry u pani Mydło były dla mnie bułką z masłem, a i oglądanie olimpiady nie nastręczało mi większych trudności w lokalizacji egzotycznych zakątków (jeśli zawodnik był z Myanmaru albo Trinidadu,wystarczyło tylko sięgnąć po drobną, analogową pomoc:P), że o grze w "państwamiasta" nie wspomnę. Dziecko padło niedaleko od mojej bujnej jabłoni, toteż wieczory, poranki, przedpołudnia, a także czas po podwieczorku spędza na studiowaniu atlasu (kto żyw, niech pędzi do księgarni po "Mapy" Mizielińskich - GENIALNE), przyswajając kolejne informacje.

Efektem są dialogi (monologi też):

- Mamo, patrz, to jest rejestracja samochodu z Polskiej.

- Józek, znowu masz katar?
- Mhm, a wiesz, że Katar to też jest taka miejscowość?

- A pamiętasz, jak mówi się w Kanadzie?
- Po kanadzku.
- Po angielsku i francusku. A wiesz, gdzie jeszcze mówi się po francusku?
- W Australii i... Anglii.

- Mamo, a jaką flagę ma Oława?
- Oława ma herb.
- Biało-czerwony?

- Józek, a jak nazywa się stolica Hiszpanii?
- Yyy... Berlin?
- Nie, Berlin to stolica Niemiec. A Hiszpanii to Ma...?
- Masterdam!

- Mamo, a dlaczego Meksyk ma stolicę Meksyk, a Australia nazywa się jak kraj Australia?!? Nie można tego nazwać jakoś inaczej?

- Mamo, a wiesz, że na Fidżi mówi się po fidżijsku i angielsku?
- Nie wiem. Jest taki język jak fidżijski? Poważnie?

Jest. Sprawdziłam. A na Madagaskarze używa się malgaskiego i francuskiego - Józek mi powiedział.

Podróż przez lądy i oceany trwa. 

wtorek, 9 czerwca 2015

I stała się Wiedza.

Bawimy się. Józek jest Józkiem, a ja jestem Pastą - Aquafresh, bohaterką ostatnich dziecięcych snów i zabaw.  Dziecko czyta mi książkę o literach. Przy każdej kolejnej ta sama śpiewka:
- Pasto, czy wiesz, co to za litera?
- Nie, nie wiem. - odpowiadam z entuzjazmem.
- To jest "a". - i dalej według schematu.
Niestety przy "k" kończy się Józowi cierpliwość do analfabetki.
- Jak to nie wiesz, jaka to litera? - wykrzykuje oburzony. - Proszę wiedzieć!

Idę zwalczać przeciwności losu niezachwianą wiarą w moc Słowa.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Mister Dobra Rada.

Gotuję obiad - najukochańszą zupę najukochańszego dziecka. Pomidorową z makaronem literkowym (inne są po prostu nudne). Ostatnia prosta - sypię makaron do garnka.

- Mamuśku, tylko nie syp za dużo, żeby ci się nie zrobił kleik jak ostatnio.


Moja krynica. Źrenica mego oka. Na cóż mąż?


sobota, 30 maja 2015

Logika.

- Piłeś to mleko truskawkowe?
- No, ale smakuje jak Augumentin*.
- Yyy... A mogę spróbować?
- Ale przecież ty jesteś zdrowa!

* antybiotyk

czwartek, 28 maja 2015

Prawdomówność.

- Józef, a byłeś dzisiaj grzeczny w przedszkolu?
- Yyy... No właśnie nie... bo niestety wstałem dzisiaj lewą nogą.
Znów kłody pod, nomen omen, nogi.

poniedziałek, 25 maja 2015

Świadomy konsument.

- Józek, co dzisiaj jadłeś? - pytam z troską.
- Aaa wiesz, jakieś produkty do jedzenia i konserwanty.

Ta. I syrop glukozowo-fruktozowy.

niedziela, 24 maja 2015

Obiecanki-cacanki.

Przy śniadaniu: - Wiesz, mamo, kiedyś przestanę interesować się autami. I będę interesował się samolotami.

Czuję dreszczyk podniecenia.

sobota, 23 maja 2015

Nonkonformista.

Józef uwielbia, czy może raczej UWIELBIA, rysować. I robi to całkiem nieźle, co jest zaskakujące, zważywszy na fakt, że jego rodzice narysować potrafią kółko, kwadrat, a przy pomyślnych wiatrach coś tak skomplikowanego jak dwuwymiarowe auto. Przemysł papierniczy z trudem zaspokaja potrzeby Józefa, który całe ryzy papieru przerabia na rysunki. Głównie aut.

O ile w domu pozostawiam mu dowolność tematyki prac (no, tylko czasem sugerując, że może tym razem kotka? pieska? prooooszę...), o tyle problem pojawia się w przedszkolu, gdzie tematem przewodnim kolorowanek czy prac grupowych są śmieszne biedronki, nudne jak flaki z olejem smoki, choinki lub inne pierdoły ze świata flory i fauny. Ale i temu można zaradzić. 

Popłakałam się ze śmiechu, oglądając wystawę grupy pierwszej, do której uczęszcza Józef. Jego artefakty rozpoznałam z daleka. Biedronka miała rurę wydechową, z której delikatnie unosiła się wijąca wstęga spalin oraz światła z przodu i z tyłu. Smok zaś był precyzyjnie pokolorowany, a następnie umieszczony za kierownicą dorysowanego samochodu.

Bo nie ma rzeczy niemożliwych!

poniedziałek, 18 maja 2015

Słaby punkt.

Godzina 23. Słyszę, że się kręci, ziewa, posapuje. Obudził się. Czekam. Nieśmiało wchodzi. Kapcie na małych girach, oczy zamknięte, uśmiech od ucha do ucha.

- Wszystko ok? - skinienie.
- Dobrze się czujesz? - bezgłośne potwierdzenie.
- Chcesz pić? Siku? - kręci głową.
- Chcesz ze mną spać? - pytam z nadzieją. Chce. Zawsze chce. Idę wydeptaną ścieżką po Jego kołdrę. Tulę. Ja też nie lubię spać sama.

sobota, 16 maja 2015

czwartek, 14 maja 2015

O czasie.

Mądrość i chłonność umysłu mego syna objawiła się nieoczekiwanie umiejętnością czytania, następnie liczenia do 100, dodawania dwóch liczb (także przy pomocy kalkulatora), a niedawno także znajomością zagadnienia czasu... 

Tradycją stało się, że w soboty Józef sypia u dziadków. A tam atrakcji jest moc - dwa stare koty, które nie mają siły uciekać, szalony pies, który uwielbia zabawę w chowanego (wszak to retriever z duszą poszukiwacza-ratownika), słodycze, do których dostęp jest o wiele łatwiejszy niż w domu, biała wędlina* (bywa), ale przede wszystkim jest Agnieszka**, która zna się na kołach zębatych, sprzęgłach, ma rolki i wie, ile wynosi sinus pi (zero). Dlatego sobota to święto poprzedzone wielkim oczekiwaniem. W związku z tym każda wizyta u moich rodziców (w których kuchni wisi mroczny przedmiot pożądania) wiąże się z pytaniem: "Mamo, czy mogę pobawić się kalendarzem? Proszę". Ponieważ jestem niezwykle wrażliwa na prośby mojego dziecka, wyrażam zgodę i staję się jednoosobową publicznością:

- Mamo, a wiesz, że po poniedziałku jest wtorek, a po wtorku jest środa, a po środzie jest czwartek, a po czwartku jest piątek, a po piątku jest sobota, a po sobocie jest niedziela, a po niedzieli jest poniedziałek (...) - ta zabawa może trwać. Długo.

- Mamo, a dlaczego dzisiaj jest wtorek? - płaczliwy ton, ale i iskierka nadziei błyska w oku. - Ja chcę, żeby już była sobota.- niewiele myśląc, wyrywa zbędne kartki. - Ale fajnie. Dzisiaj sobota. I będę się mył oldspajsem i nie będę musiał długo myć zębów, i będę spał u babci w łóżku, i zjem męską kolację z dziadkiem!

- Mamo, a wiesz, że kiedyś w sobotę był dziesiąty?

Ale kopara opadła mi ostatecznie, kiedy Józef obalił mur oddzielający dzieciństwo od dorosłości, skumawszy tajemnicę analogowego zegarka:

- Mamo, a wiesz, że na tym zegarku 1 to też 13, 2 to 14, 3 to 15, 4 to 16... (itd.)?

MACIERZYŃSTWO UPRAWIAM HOBBYSTYCZNIE.

* wspominana już słonina - przysmak dzieci i młodzieży;
** 1/2 mojego ukochanego rodzeństwa.

Trójkąty i kwadraty.

- Mamo, a Martynka jest moją dziewczyną.
- Poważnie? - duma miesza się z trwogą.
- No. I Karola też.
Kilka godzin później.
- A bawisz się czasem z Martynką lalkami?
- Nieee. - dziecko wyraźnie podkreśla swoją niechęć. - Ja wolę się bawić autami. A nie jakimiś... - szuka odpowiedniej inwektywy. - dzidziusiami.

Krew w piach. 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Meandry lingwistyczne.

- Mamo, a mój land rower diskowery czterdziestka nie będzie miał dzisiaj sisia*. - oświadczył Józef ze smutkiem. Nie dziw - pogoda nie nastraja optymistycznie.
- O! Poważnie? A to on nie jest niezbędny w landrowerze diskawery czterdziestce...? - spytałam z dużą dawką uwagi i głodu wiedzy.
- Tak, jest zbędny. - odparował dzielnie atak podwójnego zaprzeczenia.

* nie mam zielonego pojęcia, co to jest. Kontekst nie pomaga, podobnie jak dziecko, które swobodnie żongluje znaczeniem słów powstałych z jego inicjatywy.

sobota, 25 kwietnia 2015

Dobry start.

Dziadek klei brelok. Butaprenem. Przychodzi wnuk. Wącha. Uśmiecha się. Konstatuje:
- Mmm. Jak ładnie pachnie klejem.

Brak-mi-słów.

Monotematycznie.

- Józef, musimy iść do tesko.
- Mamo, a pamiętasz, jak kiedyś byliśmy koło tesko napompować koła w mercedesie klasy C?
- Tak, ale to było pod Opolem.
- Ooo. A wiesz mamo, że Opole pisze się podobnie do "ople"?

A wiecie, że wszystko ma związek z motoryzacją?

wtorek, 21 kwietnia 2015

Do prostego człowieka 2

Wśród zasad panujących w naszym domu jest również bezwzględny zakaz zabawy militariami. Nie chcę, by Józef bawił się w krzywdzenie ludzi i zwierząt, toteż pistolety, czołgi, karabiny są poza zainteresowaniem, niestety - aktualnie tylko moim, bo przedszkole oferuje konfrontację z dziećmi rodziców, którzy nie zadają pytania "do kogo masz zamiar strzelać?", "kogo chcesz skrzywdzić? zranić? sprawić ból? ". Nie oceniam. W mojej naturze leży refleksja. Także dotycząca skutków takich zabaw.

Szczęśliwie przedszkolanki Józefa mają podobne poglądy. Efektem naszych jednomyślnych działań wychowawczych było triumfalne wystąpienie Józefa, kiedy przyszłam po niego do przedszkola:
- Mamo, patrz! Patrz, jaki zbudowałem wspaniały pistolander!!! - wykrzyczał, prezentując kawał solidnej broni palnej.

To nie był pistolet. Nie służył wszak do strzelania. On służył do pacyfistycznej zabawy w droczenie.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Mamooo!

- Mamooo! A jak wrócimy, to pojedziemy do Tesco, dobra? Pojedziemy do Tesco? Pojedziemy, prawda?
- Józek, ja już ledwo zipię, jestem padnięta. Chciałabym posiedzieć na tyłku.
- No, ja też bym chciał posiedzieć na tyłku. W samochodzie takim czarnym. W Tesco.

Wspomnień czar.

- Józef, a ty pamiętasz, jak byłeś kiedyś w zoo?
- Tak! I tam były takie biedne, smutne małpy. I śmierdziały.
- Yyy... A chciałbyś jeszcze kiedyś pojechać do zoo?
- Taaak! - wyraźny wybuch entuzjazmu - Świetnie! W końcu zobaczę, jak małpa sika do piwa.

Poczucie humoru jest dziedziczne.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Nasz bagaż.

Od dwóch lat rodzinnie dźwigamy ogromny ciężar - śmierć naszego dziecka. Małego chłopczyka. Jędrka. Ani dojrzałość, ani upływ czasu nie pomagają zrozumieć i przejść nad "tym" do porządku dziennego. Możemy tylko starać się żyć normalnie i dbać o pamięć tak, by nie przesłaniała "tu i teraz". Siłą rzeczy Józef dorasta w świadomości śmierci. Wie, że miał brata. Odwiedzamy go wspólnie na cmentarzu, co staje się przyczynkiem do zadawania pytań, na które odpowiedzi udzielam po omacku. Dlaczego umierają dzieci? Dlaczego ciężko chorują? Czy dzieci umierają jak dorośli? Dokąd idą po śmierci? Nie wiem.

Kiedyś moja mama powiedziała Józiowi, że Jędruś ma skrzydła i nocą frunie na księżyc, by razem z dziadkami Stanisławami łowić ryby. Niedawno w przedszkolu rozmawiałam z babcią Emilki z grupy Józia, która wspominała swojego męża zmarłego jakiś czas temu. Zatkało mnie, kiedy Józef chwycił ją za rękę i pokrzepiającym głosem powiedział: "Spokojnie, pewnie dziadek Emilki łowi teraz ryby na księżycu razem z moim bratem i dziadkiem pra".

Dziś. Ja, Wojciech-tato, Józef:
- A co będzie, jak moje serce przestanie bić? - moje na moment zamarło, kiedy to usłyszałam.
- No wiesz...
- Nie będę żył?
- No... Nie będziesz.
- A jak ty, tato, umrzesz? To co? To ja  będę bardzo płakał. I zostanę z mamą tutaj. Ale jak moje serce przestanie wtedy bić, to już nie będę wtedy płakał, bo będę razem z ciebie.

Taki mały człowiek...

Płakaliśmy.


sobota, 4 kwietnia 2015

Piękna i Bestia

- Mamo, a my jesteśmy w bajce? - spytało dziecko przy śniadaniu.
- Yyy... Jakiej bajce? O czym?
- No wiesz? O nas!
Z chęcią.

piątek, 3 kwietnia 2015

Gwoli ścisłości.

Józef przez większość swojego czteroletniego jestestwa jest dzieckiem długowłosym. W zeszłym roku w czerwcu (podczas kosmicznych upałów) postanowiłam mu ulżyć i skrócić włosy. Ponieważ nie mam wprawy... skracałam, poprawiałam, w końcu musiałam ratować wizerunek syna maszynką. I tak przed moimi oczami ukazał młodociany recydywista. Chłopiec po wszawicy. Mały powstaniec. Nawet sąsiedzi załamywali ręce i walili na oślep: "A taki był ładny! Co pani zrobiła?". Wprawdzie włosy odrosły (na kształt czeskiej fryzury piłkarskiej), ale pozostała niezmącona niechęć Józefa do zabiegów włosowych - od mycia po ścinanie. Przedświątecznie zaproponowałam wizytę w salonie fryzjerskim.
- Dżozef, a może chciałbyś przed świętami podciąć grzywkę?
- Nie! Ja chcę mieć długie włosy. Z tyłu! I z przodu! I... obok! I... obok!

A propos precyzji wyrażeń: - Mamo, poproszę wodę, bo aż się trzęsę z pragnienia.

wtorek, 31 marca 2015

Jamajka.

21.00, padam na ryj - długi dzień za mną, a przede mną jeszcze sryliard obowiązków. Jak to bywa w takich okolicznościach, Józkowi włącza się (rodzinny) słowotok, a koty rozpływają się w mruczeniu i baletowych wygibasach "pieść mnie, och, głaszcz mnie".

- Słuchaj, Dżozef, jestem bardzo zmęczona. Chcę iść spać.
- Spokooooojnie! - odpowiada głosem wieloletniego beneficjenta wszelkich właściwości środków odurzających pochodzenia roślinnego. - Przecież możesz spać ze mną.

Take a chill pill, stara! 



sobota, 28 marca 2015

Amfibia

- Mamo, mój Ochlast* ma taką super amfibię, która jeździ po wodzie i po rondzie.

* wieloryb-zabawka o specyficznym imieniu.

Analogie.

- Wiesz co, mamo? Bo jak ja jem kolację z dziadkiem to jest męska kolacja, a jak z babcią to babska.

Ja jadam głównie z synem. A zatem?

...

- A wiesz jak jest po angielsku "spragniony"? SPŁRAGNIONY ("r" koncertowo amerykańskie).

Już miałam odpowiedzieć "thirsty", ale człowiek uczy się całe życie.

piątek, 20 marca 2015

T9.

- Mamo, możesz zamknąć te okno? Właściwie TO okno. Przepraszam. 

Autokorekta?

Geneza 2.

W okresie przedświątecznym zgłębialiśmy historię Świętej Rodziny, w czym niezwykle pomogła nam pozytywka fałszywie wygrywająca "Cichą noc" (dlatego zwyczajowo nazywamy ją "negatywką"). Jest ona śliczna, że daj Boże zdrowie. Gipsowa stajenka, z gipsowymi bohaterami całego zamieszania (włączając zwierzyniec). Ale do wizualizacji historii jest idealna.
Z początkiem grudnia ustawiliśmy rzeczoną pod choinką w pokoju dziecięcym. Wieczorami Józef chętnie słuchał kolęd w moim wykonaniu, konsekwentnie odmawiając śpiewania. Był dumny z tego, że nosi imię jednego z bohaterów. Tak dalece, że zażądał zabawy w Rodzinę Jezuska. Zdecydował, że w roli Dzieciątka występować będzie maskotka (lis), natomiast ja odgrywać miałam rolę Matki Świętej. Dbający o rekwizyty reżyser finezyjnie narzucił mi na głowę koc, a następnie nakazał przytulić do matczynej piersi lisa-Jezusa. Kiedy scena była gotowa, spokojnie oświadczył:
- Matko Święta, chce mi się siku.
No i stąd nazwa blogaska.

Koszmar.

Od kiedy zostałam mamą, nęka mnie pewien koszmar. Regularnie budzę się zlana potem. Śni mi się pożar w mieszkaniu -  kiedy zauważam dym, zaczynam panikować i wybiegam przez płomienie na korytarz. Kiedy jestem bezpieczna, przypominam sobie o Józefie, który został w łóżeczku. Słyszę jego płacz, ale nie mogę się cofnąć. Ogień jest już zbyt duży. Zapomniałam o dziecku. Co ze mnie za matka? Kobieta (mężczyzna zresztą też) powinna chronić potomka własną piersią, otaczać opieką. Być pierwszą i ostatnią instancją. Bezpieczeństwem. Zaufaniem. Budzę się i długo nie mogę zasnąć. We śnie daję dupy na całej linii, dlatego na jawie staram się mieć oczy dookoła głowy. Przewiduję, wyprzedzam wydarzenia i wypadki. Trzymam za rękę, tłumaczę 200 razy, że pewne rzeczy są niebezpieczne. Nie straszę jednak - niech lubi świat.

Od wczoraj mam przed oczami przerażonego, trzyletniego chłopca, który biegał bezradnie po placu zabaw. Maluch z plecaczkiem. Zgubił się. Nie wiedział, gdzie jest jego mama. Nie wiedział, gdzie mieszka. Jak ma na nazwisko. Nie miał adresu na metce kurteczki. Przestraszył się policjanta, którego wezwał jeden z tatusiów. Widziałam jak odjeżdżali radiowozem. Mam nadzieję, że ta historia skończyła się szybko i dobrze.

Mojego mężczyznę na wszelki wypadek uzbroiłam w wiedzę podstawową dawno temu - adres nasz, babci, imię i nazwisko. Ale i tak trzymam go za rękę. Mocno-mocno.

poniedziałek, 16 marca 2015

Prawdomówność.

- Mamo, ja wolę umyć zęby z tatą, bo on mi pozwala myć mało. Tak jak babcia. Bo ty mi każesz myć dużo.

Rodzina zadenuncjowana, można zacząć tydzień.

niedziela, 15 marca 2015

O przyszłości.

Leniwe niedzielne popołudnie. Gryziemy marchew, podjadamy jabłka, leżymy, przytulamy się.
Gadamy.
- Ty, Józek, a kim ty będziesz w przyszłości?
- Kierowcą.
- Jak to? Przecież ostatnio chciałeś być kucharzem.
- Nie! Piekarzem! No to będę kierowco-piekarzem.
- A co będziesz piekł?
- Chlebek bananowy! - ostatnio nasze ulubione ciacho, więc w głosie słychać entuzjazm.
- A żytni?
- No też. - odpowiada bez zainteresowania.
- A pszenny?
- Ta. - "Mamo, nuda!" - sugeruje młodzieńczy ton.
- A bezglutenowy?
- Ta. - jeszcze chwila i pewnie zacznie dłubać w nosie.
- A jaki będziesz jadł?
- Suchy! - jak go znam to na śniadanie, obiad i kolację.

Poza tym obiecał, że będzie uwielbiał prasować.

Nie mogę się doczekać świetlanej przyszłości!

sobota, 7 marca 2015

Ten wpis nie jest sponsorowany. I nie zawiera, wbrew pozorom, lokowania produktu.

Średnio raz w roku coś wygrywam. Przychodzi taki dzień, kiedy myślę "a, już dawno nic nie wygrałam", biorę udział w konkursie i... wygrywam. Niestety nie 500 tysięcy. Książkę, kosmetyk, Merola na weekend, dvd - generalnie pierdoły, które trochę cukrują moje ego. W czwartek usiadłam przy komputerze i hurtem wzięłam udział w 4 konkursach, żeby zamknąć gębę karmie. "Przyda się jakiś mały prezent na Dzień Kobiet" - pomyślałam i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udałam się po dziecko do przedszkola.
Dziś zadzwonił o świcie (pojęcie względne, kiedy zasypia się po 4, bo kaszel nęka oskrzela) Pan Radio:
- Dzień dobry, Liliano, Radio Popularne i Lubiane z Krakowa, czy pamiętasz, co napisałaś w konkursie?
Z grubsza pamiętałam. Elokwentnie odpowiedziałam na kilka pytań, zabawiając słuchaczy głosem Ewy Szykulskiej i wygrałam kosmetyki, dla siebie i przyjaciółki (Kara!!!). Proste. Piszesz-odbierasz telefon-odpowiadasz-wygrywasz. Żeby w życiu też tak było...
Chwila triumfu wymaga gratulacji i wielkiej fety, toteż pochwaliłam się dziecku:
- Józef! Józef! Mama wygrała kosmetyki w radiu! Dla siebie i Kary!
- Jakie? - zapytał Człowiek Interesu.
- No ten... Ejwonu... - odpowiedziałam zawstydzona.
- A już myślałem, że Wiszi. Ja to bym wolał Wiszi.
Idę szukać konkursu spełniającego ambicje dziecka. Chociaż zdaje się, że limit szczęścia na ten rok wyczerpan.

środa, 18 lutego 2015

Za mundurem. Sznurem.

Godzina 17, dzwonek do drzwi, otwiera mama, a tam... policjant (który wyraźnie boi się psa...). Wyobraźnia podpowiada najgorsze, ale spoko. To tylko wezwania na komendę w charakterze świadka.
Do kuchni wpada Józef. Z miejsca wita pana władzę wyciągniętą prawicą. Uśmiech. Wersal. Podziw. Ładuje się na krzesło, żeby sprawdzić, czym pan przyjechał.
- O, a policja jest Kiami. - ja zastanawiam się, o jakie kije chodzi, ale mężczyźni rozumieją się bez słów. - A ty ratujesz życie tą swoją policją, prawda?
- Staram się. - lekko zaskoczony odpowiada pan, wypinając praworządną klatę bohatera.
Minuta na podpisy, wizytówki, uśmiechy, strzały obcasami, w tym czasie Józef na moment znika. Wraca z... rysunkiem radiowozu i wciska panu do ręki tę łapówkę płynącą prosto z serca. W oczach podziw i psia wierność.

W najbliższym czasie mamy wpaść na komendę, żeby Józef przejechał się radiowozem. Z naszym panem Adamem :)

piątek, 6 lutego 2015

Knut Hamsun "Głód"*

Odwiedziny u mych rodziców. Wychodząc, Józef rzuca się na chlebak i głosem zbolałem prosi:
- Babciu, pożyczysz mi kromeczkę chleba?
Babcia wielkodusznie pożycza. I tak, w trójkę - ja, Józef i kromka chleba zawinięta w kawałek papieru i przytulona do dziecięcego serduszka, wędrujemy do domu. Przekroczywszy próg, dziecko z nabożeństwem rozwija jałmużnę i zjada do ostatniego okruszka.

AAA. Kupię malutki akordeon. Kubek po kawie z Maka ogarnę sama.

 * naturalizm psychologiczny, prawda?

środa, 28 stycznia 2015

Menu.

- Józek, co chcesz na kolację?
- Kanapki z taką białą wędliną.
- ?
- Ze słoniną wędzoną. Z solą.

10/10 w kategorii dania i napoje wykwintne.

wtorek, 27 stycznia 2015

O genezie.

Zakupy w Społem. Józef znudzony jak mops, ciągnie mnie za rękaw do wyjścia, rozpakowuje kabanosy, z przerażeniem obserwuje kobietę, która tarmosi go za policzek.
- Józef, jeszcze chwila. Zaraz zapłacę i pójdziemy do domu.
Grom. Sprzedawczyni zamiera:
- Przepraszam. Jak ma na imię?
- Józef - odpowiadam dziarsko, patrząc jej w oczy i widzę, jak wyraz jej twarzy przybiera rejestr "o kurwa".
- Takie... - wyraźnie chce mnie pocieszyć. - ...popularne teraz te stare imiona się robią.
- Owszem.
- To pewnie po jakimś dziadku. Bo takie stare to ludzie po kimś dają.
- Rzeczywiście. To po moim pradziadku, który został uśpiony na wściekliznę. - uśmiecham się promiennie. - I jeszcze bułeczkę poproszę. Z makiem.


Gwoli ścisłości - jakieś 3 tygodnie przed kiełkiem Józefa zostałam pogryziona przez psa. Nie wiem, skąd znalazłam w sobie takie niezwykłe pokłady poczucia humoru (i hartu ducha...), gdy wylądowałam na stole chirurgicznym z górną wargą spuchniętą do granic możliwości. Nie tylko przedstawiłam się "Angelina Jolie", ale również przez łzy opowiedziałam historię pradziadka (naprawdę uśpionego z powodu wścieklizny, naprawdę Józefa, w ogóle wszystko naprawdę), odgrażając się, że skoro tak, to swojego potencjalnego syna nazwę na cześć rzeczonego pradziadka. Kilka tygodni później, kiedy kolejne testy ciążowe pokazywały dwa paski, uzyskałam niezmąconą pewność, że to będzie syn i już wiedziałam, jak będzie miał na imię.

niedziela, 25 stycznia 2015

Naturalia non sunt turpia.

- Mamo, a czy ja kiedyś będę miał dziecko w brzuchu?
- No nie, bo jesteś chłopcem, a tylko dziewczynki mogą rodzić dzieci.
- Nawet... - wzrok nieobecny i rozmarzony - Nawet... Moja Martynka z przedszkola.

Caaan you feel the love tonight?

niedziela, 18 stycznia 2015

Co ty na to, psychologio?




Długo namawiałam Józefa, żeby narysował coś innego niż auto. Nie spodziewałam się aż TAK korzystnego ujęcia moich atrybutów. Od lewej: tatuś, mama, Józio.

piątek, 16 stycznia 2015

Gramatyka opisowa.

Z cyklu "deklinacjo ty nasza niezawodna":
- Mamo! Mamo! Bawimy się. Ty będziesz monsterem trakiem, a ja będę fiatem pieńcetem!

I odjechał, pozostawiając za sobą spaliny wszelkich mych starań lingwistycznych.